|
wtorek, 05 czerwca 2007
Niemcy odbierają domy w Polsce
Od jakiegoś czasu polskie media informują o problemie niemieckich właścicieli domów i majątków na terenach Polski, którzy teraz wnoszą do polskich sądów sprawy o ich odzyskanie i często sprawy takie wygrywają. Dalsza lektura pozwala dojść do wniosku, że nie chodzi o wypędzonych po zakończeniu Drugiej Wojny Światowej, lecz o ludzi, którzy wyemigrowali z Polski w latach 70. i 80. ubiegłego wieku. Nie chodzi więc o żadnych "Niemców", lecz o polskich emigrantów. Zastanawia mnie, dlaczego w innych sytuacjach przedstawia się tych samych ludzi jako polonię, "polską diasporę" bądź emigrację polityczną, czyli osoby prześladowane przez komunizm, a w tym konkretnym kontekście, gdy powodują oni autentyczne "wysiedlenia" (czyt. eksmisje) obecnych mieszkańców swych dawnych domów, nagle stają się Niemcami. Widać znowu nasza polackość ma problem z otwartym przyznaniem, że swój swojemu zabiera jedyny kawałek podłogi i dachu nad głową, mimo że emigranci osiągnęli zwykle w swym nowym kraju relatywnie wysoki poziom życia i nie mają kłopotu z brakiem własnego "M". I nie ma tu znaczenia, że formalnie mają oni niemieckie obywatelstwo, uzyskane "na pochodzenie". Wtedy każdy kombinował, jak mógł, aby sobie poradzić w nowej rzeczywistości. Bo aż nie chce mi się uwierzyć, że chodzi o podsycanie polsko-niemieckich resentymentów. Oto Polacy. I tyle.
wtorek, 29 maja 2007
Ukraińskie tango
Przeglądam ostatnie doniesienia prasowe nt. konfliktu na szczytach władz na Ukrainie i nie mogę się nadziwić, dlaczego dziennikarze, opisując kolejne wolty i manewry prezydenta i premiera, nie próbują zasięgnąć opinii prawników ukraińskich na temat legalności poszczególnych działań. Pisze się tylko: "prezydent wydał dekret rozwiązujący parlament", "Kolicja uznała dekret prezydenta o rozwiązaniu parlamentu za niezgodny z konstytucją i odmówiła jego wykonania", "Juszczenko zwolnił prokuratora generalnego", "Juszczenko ogłosił dekret, którym odebrał MSW kontrolę nad wojskami wewnętrznymi". Czyż nie jest rolą dziennikarza przybliżenie kontekstu danych wydarzeń, szczególnie za granicą? Zapisy konstytucyjne dotyczące np. rozwiązywania parlamentu i podległości resortów siłowych są przeważnie jasno formułowane, więc czemu GW nie pisze, czy Juszczenko miał prawo rozwiązać parlament? Czyżby dlatego, że tutaj się lubi Juszczenkę? Coś mi tu mocno śmierdzi, bo z tekstów w mediach wynika, jakoby władze na Ukrainie mogły wydawać dowolne dekrety i dowolnie przejmować od siebie kompetencje. Ukraina nie jest dojrzałą demokracją, ale pewne standardy są w jej prawie zapisane, i albo określone kroki władz są z nimi zgodne, albo mamy do czynienia faktycznie z próbą zamachu stanu z tej czy innej strony sporu. Bo rozwiązywanie nielubianych organów władz i przejmowanie ministerstw, jeśli nie ma to umocowania w prawie, jest zamachem stanu.
poniedziałek, 21 maja 2007
Przejmowanie TK
Wszyscy (prawie) się cieszymy, że TK pokazał, iż psuć prawa nie można, niszczyć teczkami nie można (nie w tej skali i nie w taki sposób), jest fajnie. I tylko Żakowski wczoraj przytomnie przypomniał, że za rok będzie inny trybunał - PiS będzie mógł wymienić znaczną część składu, bo sędziom kończy się kadencja. Owszem, wybrani przez PiS sędziowie mogą wykazać się samodzielnością myślenia, ale:
Co wszyscy powiemy, gdy TK będzie nawet w przypadku przepisów prawa w sposób oczywisty sprzecznych z normami konstytucyjnymi brał stronę Braci? Gdy mieszkałem w Stanach, miałem okazję naoglądać się, jakim długotrwałym procesem jest przegląd kandydatów do Sądu Najwyższego USA przez Senat, że nawet nie mający wtedy większości Demokraci potrafili wywierać skuteczny wpływ na obsadzanie tych stanowisk (zobacz tu). U nas nikt nie konsultuje, kandydatury są wyciągane z kapelusza, często brak im odpowiedniego prestiżu i doświadczenia. Przygotujmy się więc na 'przejęcie' trybunału i pomyślmy, jak sobie z takim zgniłym jajem w przyszłości poradzić.
piątek, 11 maja 2007
Fakt, ta szmata
Kupiłem dzisiejszy Fakt. To dlatego, że nie mogłem wyjść z oburzenia, gdy zobaczyłem pierwszą stronę. Zobaczcie sami:
Ja już nie mam słów. To ten sam gatunek świń, które w 1935, gdy przechodziły Ustawy Norymberskie, pisały o Żydach jako szczurach wysysających z Niemców dobrobyt... Boję się o nasz kraj. Nie do końca z powodu Kaczyńskich – bardziej dlatego, że taka propaganda działa, w rezultacie czego mamy 30% ludzi, którzy mówią "rozpędzić trybunał", jakieś 40%, którym to kompletnie wisi, i może z 10% tych, którzy rozumieją, że się nam rozmontowuje podstawy państwa prawa.
środa, 18 kwietnia 2007
Pozbawieni po równo
No i stała się równość płci - od dziś już nie tylko kobiety nie mogą dysponować swoim ciałem. Znany nam wszystkim minister Orzechowski powiedział, że życie, które człowiek posiada, "nie należy do niego, tylko do Boga". I sprawa jasna. Tylko że moje życie jest chyba niczyje, bo jestem raczej ateistą. Albo, co gorsza, należy do boga ministra Orzechowskiego, a tego sobie serdecznie nie życzę. Wszystko przy okazji nowej zadymy, czyli projektu poprawki, zgodnie z którą eutanazja będzie karana jak zwykłe zabójstwo. Zastanawiam się, jaką karę powinno się wymierzać odratowanym samobójcom. Zgodnie z wykładnią Mirosława O. sprawa jest jasna – to odebranie cudzego życia, czyli zabójstwo. A jak się samobójca przy okazji trochę potnie, to jest paragraf "ze szczególnym okrucieństwem".
środa, 28 lutego 2007
Wildstein spuszczony do PiSuaru
Bronek Wildstein znowu bezrobotny. Wczoraj Rokita w TVN nazwał go "człowiekiem wybitnym", że on chciał robić obiektywną telewizję, i że Rokita z tego miejsca mu dziękuje. My też panu już dziękujemy, panie Wildstein, za Misję specjalną, za Ziemkiewicza, za wybory z Dziennikiem, za pożegnanie Fedorowicza, Olejnik, Lipińskiej, za niezawodną komisarz Gargas, za niepowtarzalny wywiad pani Gawryluk z premierem, za plagiatora Rybińskiego wciskanego gdzie popadnie, za panów Kryszaka i Wolskiego, za lustrację pracowników. Dziękujemy panu za uwagę. Pa pa.
czwartek, 22 lutego 2007
Hagiograf Karnowski
Polska to kraj mlekiem, miodem i wazeliną płynący. Ostatnio pod źródełko wazeliny podłączył się pupilek kaczystowskich mediów - od Dziennika po PR i TVP - Michał Karnowski. Michał postanowił bowiem udowodnić nam, że stara dobra szkoła Trybuny Ludu i Żołnierza Wolności ma w dalszym ciągu swoich sympatyków i adeptów. Przyjrzyjmy się na chwilę jego tekstowi "Jarosław Kaczyński chce być żelaznym kanclerzem IV RP", który ukazał się 20 stycznia 2007 w Dzienniku. Karnowski zaczyna tak: Lecimy kilka tysięcy metrów nad ziemią i czasem, gdy huk maszyny staje się głośniejszy, zdanie trzeba powtarzać dwa razy, by zostać zrozumianym. Ale w zestawieniu z szalejącą na ziemi, rozdzierającą płaszcze wichurą i tak jest tu spokojniej. W saloniku przy dziobie starego tupolewa premier Jarosław Kaczyński odpoczywa po kilkugodzinnej wizycie w Małopolsce. Wizycie, którą najlepiej oddaje chyba stare i nieco złośliwe określenie "gospodarska". Cóż za introdukcja! Od początku towarzyszy nam huk i rozdzierająca płaszcze wichura. Aż strach pomyśleć, co będzie dalej. A dalej jest tak: Stewardessa podaje ciepły posiłek. Ale Jarosław Kaczyński nie zdąży już go zjeść, zdąży połknąć tylko kilka kęsów. Za chwilę samolot podchodzi do lądowania. Jest 18.40. Dla premiera to mniej więcej środek dnia, który zakończy się dwie - trzy godziny po północy. A więc niedojada z przepracowania nasz premier, biedaczyna, pracuje po nocach, ale pewnie kroczy przez świat, ten nasz socrealistyczny bohater. Jeszcze dalej: Krótkie, ale twarde przemówienie. Wyraźny polityczny komunikat. I charakterystyczna reakcja sali, artystów i menedżerów kultury: postawa stojąca, gdy premier wchodzi, mocne oklaski, absolutna cisza i bezruch w czasie 10-minutowego wystąpienia. Dająca się wyczuć, tu i na innych spotkaniach, świadomość spotkania z politykiem, który jest w stanie narzucić innym swoją wolę. Zdecydowana kreska pod piórem mistrza Michała opisującego kanclerza (króla?) Jarosława: "krótkie, ale twarde", "postawa stojąca", "bezruch", "narzucić innym swoją wolę". I jeszcze przykręcamy śrubę, budujemy napięcie: [...] trwający właśnie przegląd resortów wywołuje u członków Rady Ministrów tak wielkie emocje i strach, jakby byli przed egzaminem. [...] Ciepłe przyjęcie przez radnych miejscowości, która w styczniu tego roku otrzymała prawa miejskie, wielki kosz lokalnych smakołyków i radosne gaworzenie z babciami i wnukami wspólnie uprawiającymi sztuki plastyczne w miejscowym domu kultury wyraźnie dobrze nastroiły premiera. Emocje, strach, a chwilę później dobrotliwe oblicze Wodza - radosne gaworzenie z babciami i wnukami. Jaki wielki, jaki pnący się po chmury, jaki twardy i pieszczotliwy zarazem, o Panie! Ciepłe przyjęcie - o fallusie! Bo kiedy Jarosław Kaczyński stoi przed wąską grupą, doskonale wie, co powiedzieć. Biznesmenom z Wojnicza dał krótki i treściwy wykład na temat sposobów zdobywania unijnych pieniędzy i konieczności rozważenia wydzielenia Warszawy z województwa mazowieckiego - by to ostatnie spadło w rankingu zamożności i dzięki temu było w stanie konkurować o unijne środki. Prezesowi Instytutu Pamięci Narodowej w Bochni, gdzie pojechał po zakończeniu spotkania w Wojniczu, treściwą definicję własnego stosunku do lustracji. Plus napomnienie, by IPN realizował ją "odpowiedzialnie". " I tak właśnie pracujemy" - odpowiedział Kurtyka. Premier napomina, organa realizują. Potem jeszcze jest "herbata w ulubionej szklance". A na końcu wichura lekko zelży, zawierucha uspokaja się, Ojciec Narodu daje bezpieczeństwo. Przede wszystkim praca dla dobra IV RP: No i blisko do gabinetu. Dosłownie trzy minuty. Można urzędować niemal bez przerwy. Cytowane dzieło znalazło już swoich krytyków w kilku miejscach, więc po co teraz o tym piszę? Przypadkiem odkryłem, że w archiwum Dziennika, gdzie, jak sami zapewniają, "są wszystkie teksty, które ukazały się na stronach www.dziennik.pl", tego jednego tekstu dziwnie brakuje. Są artykuły wcześniejsze, są i późniejsze, ale tego właśnie brak. Komuś wstyd? Papier przyjmie wszystko, jak dowiódł Karnowski, ale jak już poleci w świat, nie sposób zatrzymać niszczącej machiny krytyki pod adresem sługusa nowej, ślicznej IV RP. Rację miał Kapuściński, że dziś dziennikarstwo nisko się ceni. Michale Karnowski - prawie ci się udało. "Prawie" robi jednak wielką różnicę... A żeby bardziej jeszcze utrudnić reżimowym mediom wyplątywanie się z żenujących słów, cały artykuł Karnowskiego zamieszczam tutaj: http://gender.dyndns.org/hagiograf-karnowski.htm I gdzieś mam, że jemu może się to nie podobać. Wszyscy mamy prawo wiedzieć, jak bardzo niektórzy są skundleni. Szczekaczka IV RP
Oto urabianie Polaka-Katolika: Wczoraj miałem okazję oglądać newsa o Januszu, który 14 lat temu miał wypadek, sparaliżowało go od szyi w dół, żyje pod respiratorem, przeżywa straszny ból i napisał do sądu,że chce eutanazji. W TVN wszystko w miarę obiektywnie, a w TVP niby też przekazano racje obu stron, ALE: 1. dziennikarz mówi, że wszystko ładnie i pięknie, "ale przecież jest to niezgodne z przykazaniami" i dalej już bla bla bla, jakiś klecha tłumaczy, że non possumus, i że zasady są zasadami i ani guzika nie oddamy. Nikt przy tym nie podał, czy chłopak wierzy w Boga, bo to przecież nieważne, skoro NARÓD wierzy, naród katolicki, a on narodu synem. 2. Potem pokazali drugiego podobnie sparaliżowanego chłopaka, i gadają, że on - Michał bodajże - sobie nieźle radzi i cieszy się każdym przeżytym dniem. I puentują relację tak: "precedensowa decyzja sądu będzie miała olbrzymie znaczenie dla Janusza i Michała." Ja się więc pytam głośno: jaki niby będzie ona miała wpływ na życie tego Michała??? Przecież on nie chce umierać! Tak oto robi się ludziom bez żenady wodę z mózgu, sugerując, że być może decyzja sądu będzie oznaczała śmierć dla tego, który jej nie chce, a jest podobnie sparaliżowany. Goebbels by się nie powstydził.
wtorek, 12 grudnia 2006
Inkwizycja wiecznie żywa
Oficyna Znak wyda książkę Isakowicza-Zaleskiego o inwigilacji krakowskiego duchowieństwa przez SB pod warunkiem, że publikacja uzyska ocenę moralną Kardynała Metropolity krakowskiego (ks. Dziwisza). Oto okazało się, że wydawnictwo odstępuje od wykonania podpisanej z autorem umowy, domagając się oficjalnie 'glejtu' ze strony władz kościelnych. Wydaje się, że Kodeks Cywilny powinien zostać jak najszybciej dostosowany do dynamicznie zmieniających wię warunków społeczno-politycznych w naszym kraju i powinien zawierać klauzulę wymagalności pozytywnej opinii władz kościelnych w przypadku publikacji prac dotyczących Kościoła. W dyskursie publicznym już dawno temu usankcjonowano zasadę, zgodnie z którą na tematy dotyczące osób i wydarzeń związanych z Kościołem w mediach (szczególnie publicznych) wypowiadają się jedynie urzędnicy tegoż kościoła. Dlatego nie dowiemy się z TVP, że arcybiskup Wielgus wybrany niedawno przez papieża na następcę kardynała Glempa na stanowisku metropolity warszawskiego jest zażartym fanem Radyjka Maryja, że szerokie rzesze członków Kościoła Katolickiego uważają, iż JPII wyrządził wiele szkód misji Kościoła i zmarnował wielką szansę na jego przebudowę w duchu drugiego soboru, że Ratzinger brutalnie niszczył zwolenników teologii wyzwolenia w Ameryce Łacińskiej.
wtorek, 21 listopada 2006
Precz z komuną
Ciekawe refleksje Pacewicza w GW. Pacewicz pisze m.in. o dawnym felietonie Borowskiego, który w lutym tego roku ukazał się w Gazecie. Zabawne, bo pisze też i to: „Pamiętam, że w artykule Borowski zapowiadał też, że nadejdą trudne czasy dla nauczania teorii ewolucji. Kolega redaktor żachnął się: no, tu już się pan zacietrzewił. I Borowski ten fragment wykreślił.” Niezłe, co? Ale "się zacietrzewił"... Nawiasem mówiąc, nieźle pokazuje to ten stary kompleks, który nazwałbym "homo-pezetpeerus", i który skażonym PZPR-em eseldowcom każe wiecznie uwiarygadniać się wobec dzisiejszych włodarzy liberalnych dusz. I tak "pragmatycy" sprzedali idee lewicy, za kilka biletów na salony III RP stali się piewcami nieskrępowanego niczym rynku i "kompromisów światopoglądowych", które swą nazwę wzięły chyba od tego, że są owocem kompromisu między konserwatystami a kościołem. Bilety na salony okazały się jednak kredytowe, a później spłacane raty to dla kolegów z SLD marginalizacja na scenie politycznej, dla ludzi z sercem po lewej stronie - zejście postulatów lewicowych i wolnościowych do podziemia, a dla nas wszystkich - czwarta erpe, ten bękart spłodzony ze związku lustracyjnej furii i antykomuszych obsesji, ten ropiejący wrzód rosnący na tyłkach nas wszystkich za to, że władza przez kilkanaście lat nie chciała słuchać tłumu, bo ten był rozemocjonowany i histeryczny, jak kobieta, która z natury swej nie jest przecież stworzona do podejmowania decyzji. I dlatego nie lubię postkomuny. Nie za grzechy przeszłości, bo każdy może się pomylić. Za ten wszczepiony lęk, za tchórzostwo. Za zdradę, gdy Kwaśniewski zapowiedział, że zawetuje ustawę zezwalającą na aborcję. Za osławione millerowskie "Rynek ma zawsze rację". Za to ich całe "administrowanie", gdy można było ucywilizować edukację, naprawić służbę zdrowia, uczynić państwo przyjaznym dla słabych i wykluczanych, uczyć ludzi empatii i tolerancji. Precz z komuną! |
Napisz do mnie: e.t.go.home małpa gazeta.pl |